Jak poznałem smak czerwonego wina

 


        Krótkie wakacje. Wyjazd kilkudniowy po sezonie. Siedzę z żoną na dole w hotelowej restauracji stylizowanej na klub jazzowy z poprzedniej epoki. Drewniane stoliki. Szerokie, zdobione kanapy. Przygaszone światło. W kącie pianino. Z drugiej strony kominek. Na ścianach zdjęcia znanych jazzmanów, Ojca Chrzestnego i kadry z filmu Flip i Flap. Pusto, tylko jedna para w drugim kącie. W tle grają spokojne kawałki, pianino, trąbka, głęboki głos. Obsługa pod muszką. Chce się zamknąć oczy i cieszyć chwilą błogiego spokoju. 

     Zamawiamy lekkie przekąski, sałatka i deskę serów oraz wędlin. Wypada wypić czerwone wino, chociaż za nim nie przepadałem. Wydawało mi się ono zawsze ciężkie. Nie to co białe wchodzące lekko i przyjemnie. sto mililitrów, może dwieście, w dużym kieliszkach, wygląda jakby ktoś nie wypił do końca lampki. Popijam powoli do posiłku. Smak mocny i wyrazisty. Czuć wyraźnie zapach i smak rozchodzący się po podniebieniu. Najedzeni domawiamy po kolejnej lampce. Tym razem hiszpańskie, mniej wytrawne. Oczy zaczyna przykrywać mgła przyjemności. Nie wiem czy miałem tak pusty żołądek, czy siła leży gdzie indziej, bo żona zaczyna się tulić. 

     Oparła się plecami na mnie, jakby miała się zaraz położyć. Obejmuję ją, moja ręka na szyi, zsuwa się delikatnie na pierś. Para z drugiego końca zerka ukradkiem. Kelnerka zabiera talerze z uśmiechem. Widzi co się świeci. Gasi całkowicie światło, pozostawiając przyćmione lampki, które nabierają ciepłej poświaty przechodzącej przez szkło kieliszków. Drażnię delikatnie sutki wyczuwane pod bluzką. Fiut mi już stoi. Delikatne pocałunki. Proponuję powrót do pokoju.

     Wstajemy. Hol, winda, korytarz, klamka, pokój. Rzucamy się na siebie, jakbyśmy byli młodymi kochankami. Całujemy się. Zsuwam spodnie. Fiut starczy gotowy. Bierze odrobinę żelu i zaczyna mi ciągać fiuta jakby chciała pogrzebaczem rozpalić ognisko. Nawilżam palce i wsadzam jej na raz w tyłek i w cipkę, głęboko jak nigdy, po same końce, jakby była pacynką. Długi, rozkoszny jęk. Zrzucamy ubrania. Chciałem wziąć ją na stojąco przy ścianie, ale kładzie się okrakiem. Zaczynam ją dymać. Szum w głowie potęguje doznania. Jakbym kochał się z kimś obcym. Pieprzę ją najmocniej jak mogę. Potem od tyłu. Łapię biodra. Penis porusza się jak tłok na zwiększonych obrotach. Teraz na bok, zaczynam jej wsadzać fiuta do tyłka. Przerywa, mówi że dochodzi i chce go czuć w cipce. Masuję łechtaczkę. Prawie krzyczy przy orgazmie. Zalewam ją spermą. Kładziemy się obok, głęboko oddychając, dochodząc do siebie. To był naprawdę doby wieczór.

      Przez resztę dni celebrowaliśmy ten sposób picia wina. Teraz to mój ulubiony trunek. Pity z umiarem otwiera nowe horyzonty. 

Komentarze

Popularne posty

Kontakt bezpośredni

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *