Poszukiwanie początku choroby, czyli dowartościowanie poprzez seks


        Zastanawiam się kiedy tak naprawdę zacząłem być skrzywiony psychicznie, kiedy zacząłem szukać ruchania na potęgę. Wydaje mi się, że początek miał miejsce w drugiej lub trzeciej klasie szkoły średniej. Wtedy po raz pierwszy porządnie upiłem się wódką na dyskotece klasowej i puściły mi hamulce. Złapałem dziewczynę kumpla i zacząłem z nią tańczyć jak gdyby nigdy nic. Potem z innym, ale jednym z najlepszych przyjaciół zacząłem jeździć na dyskoteki wiejskie z jego dziewczyną. Alkohol dodawał animuszu. Zrozumiałem, że to nie jest takie trudne, można brać garściami, tylko potrzeba odwagi. Z racji niedoświadczenia, kompleksów i wstydu, niedoszło jednak nigdy do niczego poważniejszego niż całowanie i macanie, chociaż okazji do seksu miałem mnóstwo. 

        Pod koniec szkoły średniej poznałem żonę, tak samo jak ja nieśmiałą i zakompleksioną. To nas połączyło. Zakochałem się szybko. Z niczym się nie spieszyliśmy, do wszystkiego dochodziliśmy bardzo powoli, a do pierwszego razu doszło na początku studiów. "Dymanie" rozpoczęło się gdy zamieszkaliśmy razem. Z perspektywy czasu cieszę się, że nie byłem wczesnym ogierem. Większość par opiera początek swojego związku na seksie, a ten przyćmiewa logiczne myślenie i gdy w małżeństwie kończy się seks, okazuje się, że nie ma wspólnych tematów do rozmowy i zainteresowań, a partner z którym  żyjemy jest obcą osobą. Zaczynają się kłótnie, pretensje, szukamy rozrywki na zewnątrz bez drugiej połówki i dochodzi do rozwodu. My przetrwaliśmy. 

        Kiedy już poznałem co to seks, trafiła się aptekarka wynajmująca pod nami piętro. Filigranowa brunetka. Pierwsza zdrada. Ogromne wyrzuty sumienia. Przysięgałem, że to pierwszy i ostatni raz. Za to uczucie, że ktoś ma na ciebie ochotę zostało w pamięci. Czułem się dowartościowany, coraz bardziej mi tego brakowało. W domu zaczynałem czuć się nikim ważnym. Zacząłem szukać na portalach randkowych rozmowy. Umówiłem się z dziewczyną, która już na pierwszym spotkaniu gdy ją odwoziłem masowała mnie po udzie. Śmiała się ze mnie, że tak się peszę i jestem taki nieśmiały. To ona wprowadziła mnie w świat seksu, którego wcześniej nie znałem. Robiliśmy wszystko i wszędzie, bez wstydu, bez hamulców, na oczach innych. Im większa adrenalina tym lepiej. Czułem się jak narkoman, który musi wziąć coraz większą dawkę. W międzyczasie odnajdywałem coraz więcej znajomości. Potrafiłem iść rano do jednej dziewczyny, w przerwie obiadowej do drugiej, a wieczorem dla niepoznaki kochać się jeszcze z żoną. Mężatki, samotne kobiety, studentki, uczennice, którym udzielałem korepetycji, wszystko co się nawinęło pod rękę. Próbowałem z każdą, z którą miałem kontakt. Aż dziw, że niczego nie złapałem.

        Dlaczego to robiłem? Chyba z kompleksów. Seks z inną dawał mi chwilową świadomość, że ktoś mnie lubi, że jestem ważny, że jestem Bogiem. Częścią dziewczyn poniewierałem. Czułem niesamowitą władzę na ludzką duszą. To ja łaskawie decydowałem, kiedy poczęstuję swoją obecnością zapatrzoną we mnie dziewczynę. Pan i władca. Dobry właściciel swojej suki. Skurwysyn i złamany chuj. Złamas pastwiący się nad nad złamanym sercem. Oprawca wpatrujący się w wypływającą krew przesiąkniętą skażonym uczuciem. Truciciel.

        Jak z tego wyjść? Wymyśliłem, że dobrze mieć jedną, ale dobrą i jej się trzymać. Tylko, że wtedy łatwo się zakochać.

Komentarze

Popularne posty

Kontakt bezpośredni

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *