Koniec, czyli odrodzenie demona.
"To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść...". Ostatni gwóźdź do trumny, a raczej ukrzyżowanej dłoni mojego uczucia. Resztki godności zmieszane z błotem i podeptane brudnymi buciorami. Żadnej litości, żadnego zawahania. Powieka nawet nie drgnęła przy podcięciu gardła. Wszystko odpłynęło z ostatnim tchnieniem, w oczach pozostała pustka.
To chyba nawet nie złość, a zobojętnienie, jakbym wyzbył się wszystkich uczuć. Mam ochotę znaleźć kogoś do sponiewierania, poznęcania się psychicznego. Miałem parę propozycji na portalu, ale do tej pory nie chciałem się z nikim spotykać, żeby być uczciwym w stosunku do K. Teraz mam wszystko w dupie. Mam ochotę odegrać się z nawiązką. Może flirtująca pani doktor, nad którą mąż systematycznie się znęca, przyda się w końcu na coś. Tyle razy wspominała o możliwości poflirtowania wieczorami. Albo ta wiejska pani domu, zmęczona już mężem tyranem i dziećmi, mająca też wszystko w dupie. Zapraszała mnie ostatnio do siebie na obiad. Ewentualnie recepcjonistka, wiedząca co we mnie siedzi, chcąca napić się alkoholu w moim towarzystwie. Zobaczymy jaka przyjdzie nowa szefowa, chociaż od kierownictwa wolę się trzymać zawsze z daleka. Tyle możliwości, a tak mało czasu.
Wstrzymywałem się do tej pory, ale hamulec został zwolniony. Niech się dzieje wola piekła! Pierdolę wszystkich i wszystko!

Komentarze
Prześlij komentarz