Rozwód - kto jest winny?
Kiedy pytasz rozwodnika dlaczego doszło do rozbicia rodziny, usłyszysz że to przez tę drugą połówkę. To jego partner zawinił, debil i egoista. Kiedy moje małżeństwo było w rozsypce, miałem podobne mniemanie o całej sytuacji. To ja byłem ideałem, nieskazitelnym okazem, za obecność którego trzeba dziękować. A żona to ta gorsza połowa, czepiająca się sknera, nie pozwalająca żyć.
Rzeczywistość jest inna. W większości przypadków warto spojrzeć na siebie, bo małżeństwo to nie tylko rozrywka, ale świadome zawiązanie więzi w celu pełnienia obowiązków, przy rezygnacji z pewnych przywilejów. Skupiając się jedynie na własnych przyjemnościach krzywdzimy partnera. Pretensje, że wychodzimy gdzieś sami to nie sztywniactwo i ograniczenie, tylko obawa przed utratą członka rodziny. Okazja czyni złodzieja, więc należy się ich wystrzegać. Nerwy i awantury to sygnał, że tli się w nas uczucie, że nie jesteśmy sobie obojętni. Zdjęcia świadczące o miłej zabawie z "konkurencją" to nóż w serce, poniżające obecnego partnera. Czy nie ma więc on powodu do zazdrości?
Uświadomiła mi to kiedyś znajoma, której skarżyłem się na żonę, że robi coraz większe awantury właśnie przez to, że nie reaguję na zaczepki. "Ja jestem dobry, bo się nie kłócę". Wytłumaczyła mi to jako kobieta rozumująca kobietę. To właśnie obojętność jest najgorsza, pokazująca, że już wszystko się wypaliło, że już nic nas nie obchodzi. Jeżeli nasza połówka to zrozumie, to przestaje walczyć i dochodzi do rozwodu. Nie oznacza, że tego chce, ale może to być gest poddania, lub ostatnia "dobra wola". Jeżeli zależy nam na kimś, to nie chcemy go więzić.
I tu potrzebna jest separacja, której kiedyś nie rozumiałem. Czasami potrzeba czasu, żeby zrozumieć pewne rzeczy, żeby ochłonąć i dojść do wniosków, że rodzina jest najważniejsza. Warto uderzyć się w pierś, zrobić rachunek sumienia. Czy naprawdę byliśmy w porządku? Czy dawaliśmy partnerowi to co dawaliśmy całej rzeszy ludzi na zewnątrz? Czy rozmawialiśmy szczerze o swoich problemach, bólach duszy i oczekiwaniach. Czy podeszliśmy, przytuliliśmy się i powiedzieliśmy: "Dobrze, że jesteś". Kłótnie chodź nieprzyjemne, oczyszczają atmosferę, jeżeli uda nam się przemyśleć to co wykrzyczał partner. To taka erupcja wulkanu uczuć. Kłębi się naszym sercu mieszanka miłości i strachu. Wybuch to krzyk desperacji o zwrócenie na siebie uwagi.
Dostałem kiedyś śmieszną na pierwszy rzut oka pokutę. Miałem ileś tam razy wykonać gesty w stosunku do żony, które pokazywałby, że ją kocham i mi na niej zależy. Jeżeli nie zapominam, to staram się sam z siebie od czasu do czasu powtarzać takie akcje. Jestem wdzięczny za podsunięcie takiego pomysłu, bo ludzie o tym zapominają. Dać coś od siebie, nie tylko brać. Trudno jest bezinteresownie zrobić przyjemność drugiej połówce w nawale obowiązków domowych. I nie chodzi o wydawanie pieniędzy, chociaż na rocznicę wydałem majątek na biżuterię. Gdy sprawdziła cenę, jak na kobietę przystało, usłyszałem, że ja to ją chyba naprawdę kocham. Tutaj chodzi o drobnostki, przygotowanie śniadania, przytulenie, zaproponowanie wspólnego spaceru czy zrobienie bez pytania herbaty i podanie ciasteczka. Nawiązując do słów Armstronga, to jest mały gest dla mnie, ale wielki dla małżeństwa. Ślad, zostający na dłużej.
Przy tych drobnych gestach miło jest zobaczyć błysk radości i poczuć się jak prawdziwy bohater, mimo własnych uzależnień i ułomności. Wiem, że nie jestem ideałem, wiem, że popełniam mnóstwo błędów, wiem, że mam problem sam ze sobą i swoim postępowaniem. Ale zależy mi naprawdę, na tym by nikogo nie krzywdzić, by syn wychował się nierozbitej rodzinie, a żona dożyła szczęśliwej starości bez pękniętego serca i zmarnowanego życia.

Komentarze
Prześlij komentarz