Muzyka, taniec i seks


     Odkąd pamiętam, najmilej wspominane relacje miłosno-seksualne miały związek z muzyką lub tańcem. Zawsze uważałem, że jeżeli z kimś potrafię spasować się w tańcu, to seks też będzie udany. W końcu w obu przypadkach mamy do czynienia z dwoma blisko znajdującymi się ciałami. Dotyk, objęcie, uścisk. Czasami otarcie polikami, spojrzenie prosto w oczy i pocałunek jako zwieńczenie długo oczekiwanego sukcesu. Często zwlekałem z proszeniem do tańca w obawie przed porażką. Potem gdy już przyszła odwaga, było za późno. Odejście, rozstanie, brak więcej okazji do rozwinięcia tego co się zaczęło, a chciałoby się kontynuować. Zostaje tęsknota, niedosyt i pewnego rodzaju ból, że coś nam umknęło. Kawałek nieba, którego mogliśmy spróbować. Jak powrót do życia przy reanimacji. Widzisz boskie światło, a za chwilę wszystko ucieka i wracasz do rzeczywistości. Nie wiesz czy się cieszyć, że żyjesz, czy płakać, że byłeś tak blisko raju.

     Życie ucieka. Osoby na których ci zależy odchodzą, wybierając nowe ścieżki, kontakty powoli się urywają, ale muzyka zostaje, a w raz z nią wszystkie wspomnienia. Każdy utwór to oddzielna szufladka uczuciowa. Dlatego tak lubię muzykę, to mój nośnik pamięci. Poszczególne nuty niosą wszystkie emocje, które przeżyłem na zakrętach życiowych, zarówno dobre jak i złe. Gdy słyszę, że jakiś przebój ma już dziesięć, piętnaście czy dwadzieścia lat, łza się kręci w oku. Często puszczony znienacka, zapomniany hit radiowy otwiera zakamarki pamięci. Cofam się w czasie i przeżywam retrospekcje.

     Nie musi to być muzyka, którą kocham, chodzi tylko o powiązania zdarzeń. Części z nich nie pamiętam nawet tytułów. "Dumka na dwa serca" - pierwsza poważna chorobliwa zazdrość, przez którą rzuciłem swoją dziewczynę. "It's Just a little Crush" - pierwsza zabawa w szkole średniej z żoną. Jeszcze nieśmiały, pół-introwertyk, zakompleksiony chłopak, nie wierzący w swoje możliwości towarzyskie. "Ostatni raz zatańczysz ze mną" - karaoke w Zielonej Gęsi z seksoholiczką, która wprowadziła mnie w świat seksu bez zahamowań. Tam też robiła mi dobrze pod stołem, podczas gdy barman zerkał co chwila w naszą stronę, zastanawiając się czy nas wyprosić. Irish pub, którego już nie ma i Klub 70 - pierwsze poważne wyjścia taneczne, latynoskie rytmy. Trzy orgazmy dziennie, seks analny przy odsłoniętych oknach. "Jesteś brunetem, więc perfumy powinieneś mieć wyraziste". Pierwsze spojrzenie na to jak się ubieram i zmiana stylu. Potem zabierałem tam też moją nimfomankę studentkę, z którą bzykałem się przy otwartych drzwiach toalety. "Kiedy jesteś taka bliska" Sojki - nie przepadam za nim, ale w tych czasach nauczyłem się trzymać ramę. "Pamiętaj, że twoja dłoń ma być pod spodem jako oparcie!". Do dziś zwracam na to uwagę. Dalsza nauka mody, zapachu i postępowania z kobietami. Nauka doprowadzania kobiety do orgazmu przez seks oralny. "Love addict" - codzienne wyjścia z pracy i seks przy garażach. Poprawki lodem do pełnego nasycenia. "Love on the brain" - niedosyt. Miałem przed sobą wykwintne danie. Wziąłem w ręce, napatrzyłem się, dotknąłem końcem języka i zabrano mi talerz.

     Został tylko aromat, który już słabo pamiętam i cieknąca ślinka.


Komentarze

Popularne posty

Kontakt bezpośredni

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *